Są takie momenty, kiedy człowiek ma wrażenie, że wszystko jest pod kontrolą. Praca jest zrobiona, kolejne zadania odhaczone, cele zapisane, kalendarz wypełniony. Z zewnątrz trudno byłoby znaleźć powód do narzekania.
A jednak pojawia się zmęczenie.
Nie takie, które znika po jednej przespanej nocy. Bardziej przypominające poczucie, że cały czas jest coś jeszcze do zrobienia. Nawet podczas odpoczynku w głowie pojawiają się kolejne zadania. Nawet wolny weekend potrafi zamienić się w plan naprawczy własnego życia.
Może więc problem nie zawsze polega na tym, że robimy za mało?
Może czasem robimy po prostu za dużo?
Kiedy rozwój zaczyna przypominać wyścig
Współczesna kultura bardzo mocno promuje rozwój. Mamy rozwijać kompetencje, poprawiać produktywność, lepiej zarządzać czasem, wcześniej wstawać, więcej czytać, zdrowiej jeść, regularnie ćwiczyć i jeszcze znaleźć przestrzeń na relacje oraz odpoczynek.
Sama idea rozwoju nie jest oczywiście problemem.
Problem pojawia się wtedy, kiedy rozwój staje się kolejnym obowiązkiem.
Zamiast pytania „czego naprawdę potrzebuję?”, pojawia się „co jeszcze mogę poprawić?”. Zamiast satysfakcji z tego, co już udało się osiągnąć, pojawia się lista kolejnych rzeczy do zrobienia.
To właśnie z takimi sytuacjami często spotyka się w swojej pracy Marcin Bukowski, certyfikowany coach i twórca Projektu Mniej.
Jego podejście nie polega na przekonywaniu ludzi, że nie warto mieć ambicji. Wręcz przeciwnie. Chodzi o to, żeby zastanowić się, czy wszystkie podejmowane działania rzeczywiście prowadzą nas w stronę życia, którego chcemy.
Bo można osiągać kolejne cele i jednocześnie coraz bardziej oddalać się od siebie.
Lekcje wyniesione z kortu
Historia Marcina Bukowskiego zaczęła się od sportu.
Jako zawodowy tenisista dobrze poznał świat, w którym wynik ma ogromne znaczenie. Trening, konsekwencja, presja, przygotowanie i regularna praca są tam codziennością.
Sport uczy, że bez wysiłku trudno osiągnąć wysoki poziom.
Uczy również czegoś mniej oczywistego. Człowiek nie jest maszyną, którą można bez końca dokładać kolejne obciążenia.
Po zakończeniu kariery zawodniczej Marcin pracował jako trener. Prowadził zajęcia dla dzieci, amatorów i osób startujących w rywalizacji. Obserwował ludzi, którzy przychodzili na treningi z konkretnymi celami.
Chcieli być lepsi.
Szybsi.
Bardziej skuteczni.
Czasami jednak za kolejnym celem kryło się coś więcej. Potrzeba udowodnienia sobie własnej wartości. Presja, żeby być wystarczająco dobrym. Przekonanie, że jeśli tylko uda się osiągnąć jeszcze jeden poziom, wtedy wreszcie będzie można odetchnąć.
Tyle że po osiągnięciu celu bardzo często pojawiał się następny.
Pułapka kolejnego celu
To mechanizm, który łatwo zauważyć nie tylko w sporcie.
Ktoś chce zmienić pracę. Zmienia ją.
Potem chce zarabiać więcej.
Kiedy zarabia więcej, chce awansować.
Po awansie pojawia się kolejny cel.
W międzyczasie trzeba jeszcze zadbać o zdrowie, rodzinę, rozwój, mieszkanie, finanse i relacje.
Lista nigdy się nie kończy.
Problem w tym, że człowiek przyzwyczaja się do takiego sposobu funkcjonowania. Z czasem ciągłe działanie zaczyna wydawać się czymś normalnym.
Odpoczynek może wtedy powodować wyrzuty sumienia.
Spokojny dzień może wydawać się zmarnowany.
A chwila bez planu może być trudniejsza niż kolejna godzina pracy.
Właśnie tutaj pojawia się pytanie, które jest jednym z ważniejszych elementów filozofii Projektu Mniej:
Czy naprawdę potrzebujemy kolejnej rzeczy do zrobienia?
Mniej nie oznacza rezygnacji
Nazwa Projekt Mniej może na pierwszy rzut oka sugerować prostą receptę: rób mniej, pracuj mniej, miej mniej celów.
To jednak znacznie bardziej świadome podejście.
„Mniej” nie oznacza rezygnacji z ambicji.
Nie oznacza też lenistwa ani przekonania, że niczego nie trzeba zmieniać.
Chodzi raczej o wybieranie.
Zamiast próbować zrobić wszystko, warto zastanowić się, co naprawdę ma znaczenie.
Zamiast odpowiadać na każdą wiadomość natychmiast, można sprawdzić, czy każda wiadomość rzeczywiście wymaga natychmiastowej reakcji.
Zamiast zapisywać kolejny cel, można zapytać siebie, po co właściwie chcemy go osiągnąć.
To pozornie niewielka zmiana. W praktyce może całkowicie zmienić sposób patrzenia na własne życie.
Coaching jako przestrzeń do zatrzymania
W pracy coachingowej Marcin Bukowski nie daje gotowego przepisu na życie.
Nie chodzi przecież o to, żeby ktoś z zewnątrz powiedział nam, co mamy zrobić.
Coaching indywidualny może być raczej przestrzenią do spokojnego przyjrzenia się własnym decyzjom.
Co naprawdę jest dla mnie ważne?
Dlaczego tak bardzo zależy mi na tym celu?
Czy sposób, w jaki próbuję go osiągnąć, nadal mi służy?
Co by się stało, gdybym na chwilę przestał udowadniać sobie i innym, że daję radę?
I wreszcie: jak wyglądałoby moje życie, gdybym nie musiał cały czas przyspieszać?
Nie zawsze odpowiedź pojawia się od razu.
Czasami najważniejsze jest samo zadanie pytania.
Odpoczynek też jest częścią życia
Jednym z ciekawszych problemów współczesnego człowieka jest to, że nawet odpoczynek próbujemy zoptymalizować.
Aplikacja mierzy sen.
Zegarek pokazuje regenerację.
Lista zadań przypomina, kiedy zrobić przerwę.
Kolejne poradniki uczą, jak najlepiej wykorzystać wolny czas.
W pewnym momencie można dojść do paradoksalnego wniosku, że nawet odpoczynek stał się zadaniem.
Projekt Mniej zwraca uwagę na coś prostszego.
Czasami nie trzeba niczego poprawiać.
Nie każda chwila musi być produktywna.
Nie każda aktywność musi prowadzić do konkretnego rezultatu.
Nie każda decyzja musi być elementem większego planu.
Czasami wystarczy po prostu pobyć ze sobą.
Życie nie musi być projektem do nieustannego ulepszania
Marcin Bukowski wykorzystuje swoje doświadczenia ze sportu, pracy z ludźmi i coachingu, żeby przyglądać się temu, jak funkcjonujemy na co dzień.
Projekt Mniej wyrasta właśnie z tej potrzeby.
Nie jest projektem przeciwko rozwojowi.
Jest próbą znalezienia innej definicji rozwoju.
Takiej, w której człowiek nie musi cały czas stawać się kimś lepszym, żeby czuć, że jego życie ma wartość.
Czasami rozwój może oznaczać nauczenie się odpoczywania.
Czasami postępem będzie rezygnacja z czegoś, co od dawna zabiera energię.
Czasami najważniejszą decyzją będzie powiedzenie „nie” kolejnemu zobowiązaniu.
A czasami warto po prostu przyznać przed sobą, że dotychczasowy sposób działania przestał działać.
Może warto zacząć od jednego pytania
Nie trzeba od razu przewracać życia do góry nogami.
Nie trzeba rzucać pracy, wyjeżdżać na drugi koniec świata ani tworzyć nowego planu na najbliższe pięć lat.
Być może na początek wystarczy zatrzymać się na chwilę.
Spojrzeć na swój kalendarz.
Na swoje zobowiązania.
Na cele, które od miesięcy próbujemy realizować.
I zadać sobie jedno proste pytanie:
Czy to wszystko jest mi naprawdę potrzebne?
Być może odpowiedź będzie twierdząca.
Ale być może pojawi się też coś, czego wcześniej nie było. Zgoda na to, żeby odpuścić część rzeczy. Żeby zwolnić. Żeby nie być cały czas w drodze do następnego celu.
Właśnie od takich pytań zaczyna się podejście, które Marcin Bukowski rozwija w ramach Projektu Mniej.
Bo czasami najlepszą zmianą nie jest dodanie czegoś nowego do swojego życia.
Czasami jest nią świadome usunięcie tego, co już dawno przestało być potrzebne.
Artykuł sponsorowany

Interesuję się psychologią, która pomaga w codziennym życiu — w stresie, relacjach, kryzysach i zwykłych „zawieszeniach” w głowie. Lubię tłumaczyć mechanizmy emocji i zachowań w sposób spokojny, bez oceniania i bez pustych sloganów. Cenię empatię, uważność i konkrety, które da się zastosować od razu. Wierzę, że lepsze rozumienie siebie to pierwszy krok do realnej zmiany.
